IZHMOTO.PL - Forum użytkowników i sympatyków motocykli IŻ
IZHMOTO.PL Strona Główna
Pomoc Statystyki Szukaj Użytkownicy Grupy Mapa Galeria Rejestracja Profil Sprawdź Wiadomości Zaloguj


Poprzedni temat «» Następny temat
W Bieszczady
Autor Wiadomość
Gaca


Motocykl: Iż-49
Posty: 2881
Skąd: Świdnica/Bączylas
Wysłany: Wto 27 Lip, 2010   W Bieszczady

Termin II Wielkiej Wyprawy w Bieszczady niestety nie dla wszystkich uczestników okazał się strzałem w dziesiątkę. W związku z tym, że mój urlop został przesunięty o prawie tydzień, należało zmienić plany. Podróż na jeden motocykl, obładowany jak wół, była dla mnie dość ryzykowna. Na samą myśl o tym wyjeździe dupsko było ściśnięte, mimo to zostałem przyparty do muru i musiałem skapitulować.
Podjąłem decyzję, że szkoda by było zaprzepaścić dłuższy urlop na jeżdżenie w około komina. Zatem wraz z otrzymaniem należnego mi wolnego plan był prosty - Wyprawa w Bieszczady.

16 lipca stał się początkiem! Dnia poprzedniego należało się spakować oraz zabrać części zapasowe, jak się potem okazało w większości niezbędne.

Dzień pierwszy.

Start ze Świdnicy i plan by dojechać do Pszczyny z noclegiem nad Jeziorem Goczałkowickim.


Pierwszym etapem podróży był osiedlowy CPN, na którym zatankowaliśmy Iża pod korek i zgodnie z mapą ruszyliśmy dalej, uwieczniając jednocześnie stan licznika.


Droga przebiegała niezwykle gładko. Pierwszy postój zrobiliśmy dopiero w Ząbkowicach Śląskich, gdzie zatrzymaliśmy się na dłuższą chwilkę pod ratuszem.


W poszukiwaniu krzywej wieży, której odchylenie od pionu wynosi 1.5m, trafiliśmy na inne ruiny. Zamek który posłużył do stworzenia historii o doktorze Frankenstain'ie (Ząbkowice Śląskie po niemiecku to Frankenstain).


Sama wieża została przeze mnie przeoczona, wg zeznań Karoliny, której udało się ją wypatrzyć, faktycznie jest mocno przechylona. Ze względu na wszech obecne jednokierunkowe uliczki zostałem dość skutecznie zniechęcony do powrotu w przegapione miejsce.

Przejeżdżając przez Kamieniec Ząbkowicki natrafiliśmy na kolejne zamczysko.


Po wjechaniu na drogę krajowa nr 46 oraz przecięciu zjazdu na Otmuchów naszym oczom ukazała się faktyczna temperatura, która i tak nie była jeszcze maksymalną tego dnia.


Przyjemną podróż po równej jak patelnia jezdni przerwało wężykowanie tylnego koła. Diagnoza zachowania była oczywista i jednoznaczna. Do czynienia mieliśmy z pierwszym "kapciem" tej wyprawy. Nie długo się zastanawiając zawróciłem motocykl i zacząłem prowadzić go do Otmuchowa, licząc w ciemno na jakiś warsztat wulkanizacyjny.



Po półtora kilometrowym spacerze zza zakrętu dojrzałem reklamy opon. Ostatkiem sił, cały w drgawkach, dopchałem Iża do celu. Zanim jednak zacząłem działać musiałem mocno dojść do siebie, bo nie jest normalne by w 35-cio stopniowym upale było człowiekowi zimno jak na biegunie. Przez miłą obsługę warsztatu zostałem poczęstowany oranżadą a potem mogłem do woli pić wodę.

Po odpoczynku, w tempie zespołu F1 ściągnąłem tylne koło i oddałem do klejenia.


Przyczyną kapcia była jedna mała dziurka oraz przecięcie, które wyszło spod starej łatki. Po naprawie ruszyliśmy w dalszą drogę. Upał był tak nieznośny, że nawet jadąc na Iżu parzyło w każdą nagą część ciała. Podróżując głównie drogami wojewódzkimi dotarliśmy do miejscowości Rudy, a tam spędziliśmy trochę czasu na zabytkowej stacyjce kolei wąskotorowej.




Taka oto trajka parkowała na peronie 2.


Na stacji było dużo więcej. Np.: całe multum starych wagonów i lokomotyw oraz parking starych polskich ciężarówek i półciężarówek.

Do mety dotarliśmy porą wieczorną, gdzie pokręciliśmy się trochę po Pszczynie i zrobiliśmy zakupy na wieczór. Po wszystkim zjechaliśmy na nocleg. Znalezienie ustronnego miejsca nad Jeziorem Goczałkowickim graniczyło z cudem. Wszystko za sprawą tego, że ów zbiornik to miejsce prawnie chronione i prawie każdy dojazd do linii brzegowej oznaczony jest odpowiednimi tabliczkami i zakazem wjazdu.

Na szczęście udało się znaleźć polną drogę (długą na 2km) z wybrakowanym w oznaczenia wjazdem. Po dotarciu na brzeg szybko rozbiliśmy się oraz zjedliśmy i wypili to co zostało zakupione.

Reszta doby była już ciemna.


Dzień drugi.

Wczesnoranna pobudka, wymuszona wysoką jak na tą porę temperaturą, dała dużo dodatkowego czasu na podróż oraz porobienie zdjęć obozowiska jak i dojazdu do niego.






Plan na ten dzień zakładał dojechać nad Jezioro Czorsztyńskie.


Stan licznika na początek dnia drugiego wyglądał tak:


Na początek pojechaliśmy nad zaporę w Goczałkowie.


Jednak upał był na tyle nieprzyjemny, że każde poruszanie się na nogach zarówno w cieniu jak i w słońcu było wielką mordęgą, chciało się tylko wsiąść na Iża i choć trochę zapomnieć o temperaturze. Ruszyliśmy zatem do Pszczyny.


Jazda nie trwała długo. Chwilę przed dobiciem do główniej drogi motocykl przestał jechać.


Wykręcenie świecy ujawniło niecykliczne pojawianie się iskry. Wymiana świecy na nowa pokazało całkowity brak iskrzenia się. Problem tkwił w przerywaczu, w którym przerwała się taśma przewodząca prąd. Na szczęście miałem drugi przerywacz w zapasie. Stwierdziłem jednak, że da się na tym jeszcze pojechać. Dogiąłem taśmę polepszając kontakt i pojechaliśmy dalej.


Tu już w Pszczynie na starówce i w pałacowym parku.





Spędziliśmy tam dość sporo czasu i cali umęczeni upałem ruszyliśmy dalej południem trafiając do Wadowic, odwiedzając dom sławnego Polaka i pobliski ryneczek. Skorzystaliśmy również z fontanny w celu ochłodzenia.




Obraliśmy kierunek na Zakopane początkowo podróżując drogami krajowymi. Odpoczynków nie było wiele. Awarii na szczęście było brak.


Po drodze mijaliśmy wiele ciekawych miejsc, jednym z nich był w trakcie wykonywania wielki zbiornik retencyjny.


Na wysokości Rabki zboczyliśmy w końcu na drogi wojewódzkie i tam od razu pojawił się Skansen Kolejowy, który koniecznie musiał zostać zwiedzony. Było tu mnóstwo ciekawego sprzętu parowego jak i zabytkowych wagonów. Co ciekawe wiele tego żelastwa jest na chodzie.











Na terenie skansenu w wielkiej zabytkowej hali pracownicy dbają o stan techniczny wszystkich pojazdów oraz remontują te które zostały uratowane przez hutą.


Podróż tego dnia, poza awarią przerywacza, była bardzo przyjemna. Iż szedł jak fabryka mu kazała, aż w końcu przed Czarnym Dunajcem przestał jechać. Na szczęście zanim zacząłem dobierać się do przerywacza zorientowałem się, że to jednak włączyła się rezerwa paliwa.


W związku z tym po krótkim postoju na zatankowanie Iża pod korek i rozprostowanie kości na najbliższym CPN-ie pojechaliśmy dalej w kierunku zimowej stolicy Polski.
Żeby nie było za miło tego dnia w miejscowości Witów za Chochołowem Iż przestał pracować podręcznikowo. Brak mocy połączone z czterotaktowaniem oraz częściowy brak na kręcenie rolgazem skłoniło mnie do przymusowego postoju.


Szukanie przyczyny zajęło sporo czasu. Zbadanie zapłonu nie wykazało żadnych nieprawidłowości. Przypuszczenia odnośnie odkręcenia się głównej dyszy (z czym miałem już do czynienia na jednej z wycieczek) po zdemontowaniu komory pływakowej również nie ukazały winowajcy.

Po przykręceniu wszystkiego co zostało wcześniej zdemontowane i po ponownym odpaleniu motocykla stwierdziłem, że wszystko wróciło do normy. Zatem wsiedliśmy i pojechaliśmy dalej. Wycieczka nie trwała jednak długo. Iż dalej nie funkcjonował poprawnie co gorsze dalej z niewyjaśnionego powodu.

Stwierdziłem, że zbadam działanie gaźnika. Po ściągnięciu "lornetki" i pokręceniu rolgazem wszystko się wyjaśniło. przepustnica leżała i nie podnosiła się. Teoretycznie sprawa wyglądała na banalnie prostą. Wystarczyło ponownie zawiesić przepustnice na lince. Nie zgadzało się tylko jedno, mianowicie rolgaz podczas kręcenia zachowywał się tak, jakby wszystko działało poprawnie.

Po rozkręceniu dekla górnego gaźnika wszystko się wyjaśniło.


Pęknięta na pół przepustnica mogła spowodować koniec wycieczki, na szczęście posiadałem w bagażu drugi gaźnik z którego podmieniłem przepustnicę i wszystko wróciło do normy. Podejrzewam, że kontynuowanie wycieczki na pękniętej przepustnicy byłoby możliwe, lecz nie miałem chęci na sprawdzanie tej tezy w praktyce.

Widoczność była słaba i dopiero kilka kilometrów przed Zakopanem można było dostrzec Tatry.


Udało się. W końcu docieramy do Zakopanego. Godzina już stosunkowo późna, a na niebie sytuacja nieciekawa. W powietrzu można wyczuć obfity deszcz.


Zjedliśmy coś na szybkiego i z obietnicą ponownych odwiedzin w drodze powrotnej ruszyliśmy przez Bukowinę Tatrzańską do mety tego dnia.
Przemierzając lokalne drogi trafiamy na szczyt z którego widać było jezioro nad którym będziemy spać - Jezioro Czorsztyńskie. Po wstępnym zlokalizowaniu obozowiska wróciliśmy do wioskowego sklepu po napitki. Wraz zakupami wróciliśmy na miejsce spoczynku rozbijając szybko namiot wskoczyliśmy do jeziora nie wychodząc już do zmroku.

Spaliśmy na cyplu z którego rozkładał się widok na zamki w Niedzicy Zamek


oraz w Czorsztynie.


A tak wyglądało to w całości.



Iż spoczął pod drzewem i tak jak my poszedł spać.


Dzień trzeci.

Dzisiejszy plan obejmował dojechanie nad Solinę. Jak co dzień szybko wstaliśmy i już w porannym upale złożyliśmy obozowisko.


Zaraz potem pojechaliśmy pozwiedzać najbliższy zamek.



Z kompleksu rozpościerał się widok na całe jezioro i pobliskie zapory.


Podczas zwiedzania aparat zasygnalizował "pad" baterii, więc zaraz po opuszczeniu zamkowego dziedzińca ruszyliśmy w drogę. Objechaliśmy Jezioro Czorsztyńskie i dotarliśmy do miejscowości Krościenko nad Dunajcem po czym pognaliśmy w kierunku Nowego Sącza.

Po drodze ostatnim dygnięciem migawki udało się zrobić fotki Dunajca.



Nowy Sącz powitał nas wielką Galerią Sandecką, gdzie posililiśmy się kebabem oraz oddaliśmy ładowarkę z baterią od aparatu do apteki w celu naładowania. W czasie posiłku nastąpiło spore oberwanie chmury. Na szczęście niedaleko był daszek pod którym można było ukryć Iża i jego załogę. W momencie przetaczania motocykla okazało się, że tylne koło cierpi na brak powietrza.

Była niedziela, wszyscy gumiarze nieczynni. Trzeba było działać w pojedynkę. Zakupiłem w markecie sprytną i ostatnią pompkę i podjąłem próbę napompowania koła. O dziwo się udało, ale powietrze uciekało. Dopompowałem i pojechaliśmy na pierwszy lepszy CPN z kompresorem.

Tu na neutralnym terenie nastąpiła wymiana dętki, potem klejenie, potem jeszcze raz klejenie itd. ;)




Mimo tych wszystkich działań gdzieś gubiliśmy powietrze. Dość czasu zostało zmarnowane a drogi przed nami było jeszcze sporo. Gnaliśmy od kompresora do kompresora za każdym razem pompując tylne kółko do 2.1Atm.

Na trasie występowała znaczna ilość długich podjazdów na których w pewnym momencie zaczęło się ślizgać sprzęgło. Bardziej i bardziej. Do takiego stopnia, że ślizganie było też na III biegu. Pomyślałem sobie, że pościnało wypustki na tarczach ciernych w sprzęgle, co zresztą raczej się nie zdarza. Jednak awaria przepustnicy była z serii egzotycznych, toteż pomysł ze sprzęgłem wydał mi się jak najbardziej realny.

Na dodatek by nie było nudno, na horyzoncie pojawiła się spora chmura deszczowa, z której już leniwie kapało.


Wieczór był bliski, a do mety było daleko. Stwierdziłem, że jest osoba która może mi pomóc i mieszka niedaleko. Wykonałem telefon i doznałem ulgi. Na skrzyżowaniu drogi krajowej z wojewódzką już czekał na mnie Grzegorz (forumowy kolega) który eskortował mnie na swoje podwórze.

Tam na miejscu zostałem "poczęstowany" starą, ale szczelną dętką DEGUM oraz wraz z gospodarzem wykonaliśmy diagnozę sprzęgła. Badanie nie potwierdziło uszkodzeń. Wymieniłem jedną tarczę na starą, która była bardziej szorstka niż nowo produkowane. Podciągnąłem mocniej sprężyny i wyregulowałem docisk. Zamknąłem silnik i razem z Karoliną zostałem zaproszony na kolację.

Tego dnia nie udało się dojechać tam gdzie zaplanowaliśmy, a trasa wyglądała tak na załączonej mapce.


Dzień czwarty.

Obudziliśmy się jakoś po 8 i po wychyleniu nosów z namiotu zobaczyliśmy bardzo nieprzyjemną pogodę. Zachmurzone niebo i momentami silna mżawka. Po wymianie tylnej dętki i spakowaniu się zostaliśmy zaproszeni na poranną toaletę i pożywny posiłek z kawą i herbatą.

Grzegorz poinformował mnie również o pobliskim sklepie gdzie mógłbym kupić dętkę. Po tym wszystkim podziękowaliśmy za całą gościnę i zrobiliśmy pamiątkowa fotkę z naszym gospodarzem.


Trasa tego dnia wyglądała tak:


Natomiast stan licznika po wczorajszej, pełnej emocji jeździe (także w deszczu) wyniósł:


Koniecznym było zawitanie do Sanoka, gdzie kupiłem zapasową dętkę, tak w razie W ;) Po czym pojechaliśmy krajówką dalej w kierunku Ustrzyk Dolnych odbijając na Solinę. Widoczność była kiepska, cały czas siąpiło i podróżowanie nie należało do przyjemności.


Zmarznięci i lekko przemoczeniu docieramy w końcu nad Solinę.


Po znalezieniu bazy noclegowej, tym razem na polu namiotowym, wróciliśmy do Ustrzyk Dolnych coś zjeść oraz zrobić zakupy na wieczór. Po tym wszystkim wróciliśmy na CPN zatankować motocykl, który po tej czynności już nie chciał odpalić.


Strzeliłem, że to sprawka przerywacza. Tym razem nie dało się zagiąć ułamanej blaszki, bo jej po prostu nie było ułamała się całkiem. Nie chciałem zakładać nowego przerywacza, bo byłem za leniwy na ponowne ustawianie przerwy i wyprzedzenia zapłonu to obecne ustawienie było bardzo dobre. Stwierdziłem, że zastosuję skuteczną prowizorkę, która już starczy do końca żywota.



Po skręceniu wszystkiego Iż odpalił od pierwszego i zawiózł nas z powrotem na pole namiotowe i tam spędziliśmy resztę tego nieprzyjemnego dnia na zwiedzaniu okolicy.





Dzień piąty.

W ten dzień zaplanowaliśmy sobie przejechać się po pętli bieszczadzkiej. Po całonocnym deszczu ze snu wyrwał nas specyficzny dźwięk. Było to nic innego ja pieprznięcie Iża na glebę. Mechanizm upadku można szybko opisać tak: Motocykl stojący na bocznej nóżce poleciał na prawą stronę w chwili gdy minimalnie przechylił się pod wpływem schodzącego powietrza w przedniej oponie.

Akcja ratunkowa przebiegła sprawnie i szybko. Motocykl po chwili stał już na kołach. Na szczęście nic poważnego się nie stało, przynajmniej nic takiego nie zauważyłem.


Wilgoć wczorajszego dnia wdarła się nawet pod szkło licznika, który po wczorajszym dniu wskazał tyle:


Podpompowałem koło przednie, spakowaliśmy motocykl w niezbędne przedmioty i pojechaliśmy na południe objeżdżając Jezioro Solińskie.


Dzień się bardzo ładnie rozpogodził, o wczorajszych opadach nie było śladu. Poprawiła się w końcu widoczność i można było podziwiać tą zieloną krainę. Sam motocykl również sprawował się wyśmienicie, aż do okolic miejscowości Czarna. Gdzie, chyba nikogo nie zdziwię, że naglę zabrakło powietrza w tylnym kole.


Na szczęście dało się to napompować i spokojnie szukać gumiarza, który był bliżej niż sądziłem, bo w Czarnej. Niestety nie mógł mi on pomóc ze względu na brak prądu w warsztacie do momentu usunięcia awarii przez energetyków. Jedyne co było w jego mocy to dowalił powietrza w tylną dętkę i odprawił mnie do wulkanizacji znajdującej się w Ustrzykach Dolnych.

Tam też się udaliśmy i dostaliśmy niezbędną pomoc. Zrobiliśmy również zakupy na wieczór. Po wizycie w Ustrzykach Dolnych ruszyliśmy już bez niespodzianek do Górnych.


Postój zrobiliśmy na tarasie widokowym.


Potem już tylko w Ustrzykach.


Kolejnym etapem wycieczki było Wołosate, czyli miejscowość najbardziej na południe i dojechanie do ukraińskiej granicy. Niestety same zakazy wjazdu, nawet pieszym, uniemożliwiło wykonanie tego celu. Dojechaliśmy i tak dalej niż było wolno ;)


Zrobiliśmy sobie też panoramę bieszczadzkich połonin.


Po wyjechaniu z zakazanej strefy ruszyliśmy równolegle do granicy państwa w kierunku miejscowości Cisna, robiąc sobie tylko przerwy na uzupełnienie płynów oraz na podziwianie widoków.





W Cisnej zjedliśmy coś, ale nie zabawiliśmy tam długo gdyż na pogodnym niebie zbierały się deszczowe chmury i jedynym sposobem na uniknięcie zmoczenia było pojechanie na północ. Tak też zrobiliśmy i wyjechaliśmy poza zasięg chmury ciesząc się optymalną temperaturą i słoneczną pogodą.

Po drodze minęliśmy pomnik poświęcony Karolowi Świerczewskiemu, pod którym się chwilkę zatrzymaliśmy.


Powrót na pole namiotowe nie mógł się obejść bez dętkowych przygód ;) Tym razem sprawa tyczyła się przedniej dętki, która po na pompowaniu starczała na około 10km jazdy.


Było zbyt blisko do mety by sklejać w rowie dętkę, stąd cykliczne dopompowywanie ogumienia.


Po dotarciu do legowiska zająłem się felernym kołem zaklejając dętkę i zapiciu wysiłku regionalnym trunkiem.




Po wszystkim zrobiłem zdjęcie przebiegu.


Oraz odkryłem pęknięte szkło reflektora z porannego zajścia.


Wygląd trasy przedstawia mapka:


Dzień szósty (powrót).

Poranek jak co dzień, zaczęty od śniadanka na trawie, a potem szybka ewakuacja obozowiska. Plan jest zdobyć całą południową granicę Polski. Ciekawe co z tego wyjdzie. Ruszyliśmy w drogę powrotną.

Nie przejechaliśmy daleko i przy włączaniu się z drogi lokalnej na wojewódzką Iż zaczął wyć, wszedł na tak wysokie obroty, że nie dało się nic zrobić. Była groźba zatarcia. Rękę miałem zajętą trzymaniem sprzęgła a drugą miałem włączony odprężnik. Jedyną możliwość wyłączenia silnika miała Karolina. Udało się.

Zaprowadziłem Iża do cienia i zająłem się awarią. Po chwili wszystko stało się jasne.



Szybko wymieniłem sprężynę, niestety nie na identyczną, co gorsze twardą jak cholera. Od tej pory przepustnica się nie otwierała do samego końca co wróżyło na przyszłość problemy na podjazdach.

Po dojechaniu do Cisnej Karolina wzięła się za robienie zdjęć, a ja usiłowałem dopasować sprężynkę w gaźniku tak aby podróż powrotna była jak najmniej uciążliwa.






Dalsza trasa była o niebo przyjemniejsza niż przed chwilą i trwała ponad sto kilometrów. Byłoby dużo więcej, gdyby nie popularna ostatnio przyczyna wymuszonych postojów.
Kapeć w tylnym kole tak skutecznie obniżył mi morale, że nie miałem siły na nic więcej jak tylko usiąść w rowie w cieniu.


Bezczynne siedzenie i tak by nic nie wskórało, więc chcąc nie chcą trzeba było to naprawić i jechać dalej. Skleiłem więc dętkę, która wczoraj mi kleili w Ustrzykach Dolnych.



Pojechaliśmy dalej. W celu zwiedzenia pewnego kamiennego mostu przy granicy zjechaliśmy w wioskowe drogi i po przejechaniu nie więcej jak 20km tylna guma znowu wyzionęła ducha.


Tym razem nie kleiłem dętki, zamontowałem nową, zakupioną w Sanoku. Po założeniu opony ręcznie, bez przyrządów pomocniczych i na pompowaniu okazało się, że w tym nowym flaku jest dziura. To już jakaś paranoja. Nie obyło się bez klejenia.

Zwiedzanie mostu odpuściliśmy sobie. Dobiliśmy do głównej i na najbliższym CPN-ie dopompowałem kompresorem podręcznikowo tylne koło.

Od tego miejsca, jechaliśmy byle szybko i jak najdalej. Mijając między innymi Polskie pola naftowe.


Dojechaliśmy do Nowego Sącza, wokół którego mieliśmy sobie poszukać czegoś do spania. Jednak wysunąłem odważną propozycję by dojechać aż do Jeziora Czorsztyńskiego. W razie jakiegoś kolejnego kapcia była by jazda po nocy, czego chciałem uniknąć. Puściliśmy się w trasę zahaczając tylko o jakiś market w celu zrobienia zakupów.




Udało się dojechać do zaplanowanej mety. Tego dnia pękło naprawdę dużo kilometrów. Na sen nie trzeba było czekać długo.

Trasa wyglądała tak jak na mapce:


Dzień siódmy.

Dzień zaczął się od pompowania przedniego koła.


Po wyjechaniu na drogę asfaltową Karolina cyknęła fotkę przebiegu.


Opuszczając Jezioro Czorsztyńskie pojechaliśmy do Zakopanego drogą, którą już znaliśmy.


Na miejscu odwiedziliśmy okolice skoczni narciarskich i pojeździliśmy po bardzo zatłoczonej zimowej stolicy.




Na wyjeździe z Zakopanego napotkaliśmy na obfity deszcz, który zaczął padać bez zapowiedzi. Na szczęście w drodze na Babią Górę było dużo słońca, które skutecznie nas osuszyło. Wjechanie na szczyt zajęło trochę czasu a podjazd był płaski lecz długi. Za szczytem już nie było tak płasko. Zjazd zapewnił dużo wrażeń, szczególnie po kilku serpentynach.



Po dłuższym czasie wjechaliśmy do Żywca, gdzie zawitaliśmy nad jezioro i stwierdziliśmy, że jedziemy dalej. Jezioro nie zachęcało estetyką brzegów. Przejazdem widzieliśmy cały browar oraz wielki magazyn piwa. Po wyjeździe z Żywca pojechaliśmy drogą krajową, miejscami również ekspresową, do następnego punktu przelotowego powrotu - do Wisły.


Od chwili opuszczenia miasta pachnącego chmielem borykaliśmy się z upierdliwą chmurą, którą ciągle doganialiśmy i musieliśmy robić dużo postojów.


Kolejna przymusowa przerwa w mniej kontrolowanych warunkach nastąpiła po niecałym kilometrze.


Czekanie aż przestanie padać nie było ciekawym zajęciem, na dodatek przestać padać w całości nie miało zamiaru. Ruszyliśmy w lekki ciepły deszczyk, by po chwili wpaść w ulewę która rozładowała się w całości na nas.

Do Wisły wjechaliśmy (przynajmniej ja) cały mokry z basenem w butach. Tego basenu pozbywałem się na CPN-ie w centrum.


Niestety mimo dłuższego postoju w celu suszenia skarpet i trampków Adama M. nie spotkaliśmy ;) Na otarcie łez zagadał do nas miłośnik motocykli i powiedział, że niedaleko jest muzeum zabytkowych jednośladów i polecił tam zaglądnąć.

Po ciekawej rozmowie ruszyliśmy zobaczyć choć na moment skocznie narciarską we Wiśle i szybko z powrotem na północ, bo chmura która nas zmoczyła już docierała nad nasze głowy.


Docierając do Ustronia trafiliśmy bezbłędnie na miejsce graciarni pełnej zabytków. Porobiłem trochę zdjęć, niestety było ciemno i korzystanie z lampy błyskowej wyładowało mi do końca baterie.



Ten motorek najprawdopodobniej ten sam Norton którym pan Witold Richter wjechał w zad konia.









To tylko fragment tego wszystkiego co się tam znajdowało. Prawie każdy motocykl posiadał ciekawą historię. Był też tam silnik widlasty firmy NSU z 1902 roku. Smutną rzeczą jest to, że całe pomieszczenie gdzie znajdowały się motocykle mocno oberwało przez tego roczną powódź.

Na koniec jeszcze jedna ciekawostka. Choć fotka nieostra z powodu braku flesza (oszczędność baterii) to myślę, że można się doczytać napisu na zbiorniku "Śmigły". Zbiornik pochodzi z przedwojennego polskiego motocykla na temat którego wiadomo tyle, że zachował się ten zbiornik i ulotka z epoki posiadana przez panią zajmującą się motocyklami Podkowa.


Do muzeum wpadliśmy już późną porą, a do noclegu nad Jeziorem Goczałkowickim mieliśmy jeszcze jakieś 40km i nie było możliwości zbyt długiej pogawędki. Należało podziękować za gościnę i wjazd za free i obiecać, że przyjedziemy tu jeszcze raz.

Na miejsce noclegu dotarliśmy punkt godzina 21.



Dzień ósmy.

Wczorajsze perypetie z deszczem wykluło w Karolinie jakieś choróbsko. Szybko zwinąłem obóz i pojechaliśmy w kierunku Dolnego Śląska startując z początkowym przebiegiem jak na focie.


Przejechanie się po całej południowej granicy stanęło pod dużym znakiem zapytania ze względu na Karolinę. Szliśmy jak burza. Bezawaryjnie, jedynie z postojami na tankowanie i na rozprostowanie kości.

W Głuchołazach złapały nas i zmoczyły chmury deszczowe które zalegały nad całą Kotliną Kłodzką. Pchanie się w to mokre dziadostwo nie było najlepszym pomysłem, zatem zmieniliśmy trasę i z Głuchołaz pojechaliśmy prosto do Świdnicy. Zatem po dojechaniu do celu trasa wyglądała tak.


Całą wyprawę zakończyliśmy około godziny 16 z całkiem sporawym wynikiem 1896 kilometrów (wg licznika).


Iż, brudny (zdjęcie nie oddaje tego) jak kibel w PKP, trafił do garażu i czeka aż przejdzie mi chwilowy Iżowstręt ;)


Na zakończenie dodam, że Iż się spisał na medal. Choć w pewnych chwilach mogło być lepiej ;) Po przeliczeniu wydatków na benzynę i przeliczeniu ile poszło w atmosferę 95-tki ponownie się zaskoczyłem. Podczas całego wyjazdu średnie spalanie Iża wyniosło 3.48l/100km :)
_________________
ИЖ-49К '57, ИЖ-49 '56, ИЖ-350 '48, DKW NZ350/43 '44
 
 
 
 
regers


Motocykl: Iż-49
Posty: 1500
Skąd: Wołów
Wysłany: Wto 27 Lip, 2010   

No miło ;) Zainwestuj może w lepsze opony grubsze? Bo w tej chwili jesteś tu weteranem w wymianie dętek :D
_________________
Iż-49, Iż-56, Africa Twin rd4
 
 
 
kulka


Motocykl: Iż-49
Posty: 5
Skąd: strzelin/okolica
Wysłany: Wto 27 Lip, 2010   

świetny opis :wink: Ja w życiu nie złapalłem tylu gum co Ty w te kilka dni :mrgreen:
Mam nadzieję ,że mnie odwiedzisz , kiedy już bedę miał moto w domu- poradzisz co i jak po oględzinach . Mieszkam 40km od Świdnicy :ok: Na zloty kazdego roku wpadam :wink:
_________________
jeepniety na maxa ;)
iż 49- 1957'
 
 
 
jax


Motocykl: Planeta
Posty: 129
Skąd: Katowice
Wysłany: Sro 28 Lip, 2010   

Witam świetna relacja i podziw za cierpliwosc do awarii ja chyba bym nie wytrzymal i szukalbym tranportu jak najszybciej iża do domu dostarczyc :D :D a tak po za tym mam jedno pytanko czy do opony przed zalorzeniem dętki wsypujesz talk techniczny(trzy znaki zapytania)wiem to z doświadczenia że detka w oponie pracuje i zwlaszcza pod obciazeniem jak skladalem swoje kola to w opony wsypalem talk i jak do tej pory
choc zrobiłem tylko 350km wszystko jest ok być moze to jest przyczna łapania gum w twoim iżu pozdrawiam
 
 
 
Spiker


Motocykl: Planeta
Posty: 983
Skąd: Rzeszów
Wysłany: Sro 28 Lip, 2010   

Fajny opis (nie wkurz się, ale momentami nieźle się pośmiałem - pewnie ze względu na autoironiczne komentarze ;) . Przebieg godny najwyższego szacunku - zwłaszcza ze względu na samotną podróż. Respect!

Większości awarii miałeś prawo nie przewidzieć - oprócz dziurawych dętek. No bo jak rozumiem przebić opony nie było? Po podobnych przeżyciach raz na zawsze postanowiłem "tylko nowe dętki, żadne łatane" i do dzisiaj mam spokój. Każda łatka prędzej czy później puści, zwłaszcza przy upałach. Stara dętka ma też często "rzadką" gumę i potrafi się rozedrzeć na 20 cm a nawet urwać się wentyl. Szkoda wysiłku i nerwów ...
_________________
Iż Planeta '63 oraz NSU 351 OSL '38, M-72 '60, Junak M10 '64, H-D FLHRC '09, ...
www.nsu-riders.pl
 
 
KOZA


Motocykl: Iż-49
Posty: 1021
Skąd: Gniezno
Wysłany: Sro 28 Lip, 2010   

Gratuluję, twoja wyprawa i mcfraga to mistrzostwo świata, ja nie jestem fanem takich długich dystansów, ale was podziwiam (nawet gdybym był i chciał zabrać wybrankę życia z synem to...) każdy przejechany kilometr to jak trzydziści (albo i więcej) na japonii.
Wczoraj czytałem o wyprawie czterech jeźdźców na czterech motocyklach (nowych) którzy wg red. przejechali morderczy dystans 3tys. km i śmiech mnie ogarną bo znam kolesi (was globtroterzy forum Iżowego) którzy trzaskają takie dystanse na motocyklach 60-cio letnich, o nieporównywalnie mniejszej mocy i komforcie. Ja nawijam po 10-30km wokół "komina" i mi starcza, Gaca otrzymuje dodatkowe profity (10kg parówek i litr wody grodziskiej ;) :mrgreen: ) za wyprawę w samotności.

ps. coś z tymi dętkami jest nie tak...
_________________
ИЖ 49 1956', ИЖ 49 1956' przejściówka, Honda CB 550 1977'
 
 
katok
Fundator


Motocykl: Planeta
Posty: 804
Skąd: Gniewkowo
Wysłany: Sro 28 Lip, 2010   

Uznanie dla hartu ducha w tak "niesprzyjających okolicznościach przyrody" ;) :padam:
Trasa - przygoda - cudo.

(Jeśli możesz proszę o foto uszkodzonej przepustnicy. Chcę porównać to u Ciebie z tym co było kiedyś i u mnie :razz: Ja swoją - gdy pękła na trasie - zdrutowałem i do chałupy udało się dojechać. Całe szczęście, że w 49-ce można w miarę szybko dostać się do tylnego koła. Gdybym miał taką ciągłość "kapci" w planecie - jeszcze z klamotami, to by mnie chyba nerwica zjadła ;) :mrgreen: )

Jeszcze raz - gratuluję udanej wyprawy. :ok:
 
 
 
zlom


Posty: 1
Skąd: LZ
Wysłany: Sro 28 Lip, 2010   

a ja dodam, iż Iż stał się dodatkową atrakcją zapory:

(albo to ta zapora była dodatkową atrakcją przy zwiedzaniu Iża - nie pamiętam ;) )
 
 
jarcco


Motocykl: Iż-49
Posty: 1324
Skąd: Lublewo Gdańskie
Wysłany: Sro 28 Lip, 2010   

Piękny opis...ja też chwilami się uśmiałem ;) czytając o kolejnej awarii. Jednak nade wszystko gratuluję hartu ducha i wytrwałości w walce z przeciwnościami. Z autopsji wiem że po czasie w pamięci zostaną tylko piękne widoki i mile spędzony czas...a ilością awarii będzie się można licytować przy piwku z kolegami.
Pozdro!
_________________
jarcco
 
 
FK


Motocykl: Iż-49
Posty: 503
Skąd: Warszawa/ łomianki
Wysłany: Czw 29 Lip, 2010   

Szacun za wytrzmałość
Ja swój przerywacz wypieprzyłem przy pierwszej awarii blaszki :twisted: {jestem jednak zwolennikiem nowego , gdzie to mozna ukryć, łącznie z elektronicznym reg. napięcia} sprzyja to mniejszą awaryjnością i lepszym samopoczuciem podczas wakacji :wink:
Ale ja taki przebieg to osiągnę za ..... ? chyba lat ;)
_________________
Iż-49 żółte tablice, Iż-49 w słoikach już na żółtych,Simson sr2 1958(paragon zakupu) Tata
 
 
Hary


Motocykl: Jupiter
Posty: 54
Skąd: Krynica Zdrój
Wysłany: Pią 30 Lip, 2010   

Super wyprawa! Szacunek, kurcze przejeżdżałeś 35 kilometrów ode mnie, szkoda że nie wiedziałem bo byśmy się spiknęli :wink:
Skrzynka piwa za wytrwałość :rotfl:
 
 
 
sebastianbd


Motocykl: Jupiter
Posty: 48
Skąd: Bieszczady
Wysłany: Nie 01 Sie, 2010   

Moje Bieszczady! Panie drogi w Ustrzykach Dolnych na porodówce żem na świat przyszedł :D a w Brzegach Dolnych (3,5km od Ustrzyk w stronę Ukraińskiej granicy) aktualnie pomieszkuje. Widoki w Ustrzykach Górnych mieliście piękne. Żałujcie że nie zdecydowaliście się zatrzymać w górnych i wspiąć się chociażby na jeden szczyt... pięknie jest :)
_________________
Route 66...
 
 
Ozzy


Motocykl: DKW
Posty: 766
Skąd: Jarosław/Warszawa
Wysłany: Pią 06 Sie, 2010   

Gaca szkoda że nie dałaeś mi jakoś znać że zapuszczasz się w mojue strony, chętnie bym z Wami po Bieszczadach pokrążył i pokazał bym Wam parę ciekawych miejsca żadko odwiedzany. Co do tej ilości pękniętych to ja bym się już mocno wkurwił, masz stary stalowe nerwy. Co jak co ale Mitasy są miękkie i stosunkowo łatwiej złapać gumę. Ja w tym sezonie mam już za sobą 3 tys km w tym jedną gumę, ale kiszki nie łatałem, założyłem nową. Jakoś nie wierze w te łatki. Pozdrawiam
_________________
ИЖ-49K 1957 DKW NZ 350-1 1944
 
 
 
Maryanek


Motocykl: Iż-49
Posty: 34
Skąd: Rybnik
Wysłany: Wto 17 Sie, 2010   

Gratuluję cierpliwości i wytrwałości. Chyba musiałeś po urlopie wsiąść parę dni odpoczynku.

Karolina to ..... skarb nie dziewczyna!

Pozdrawiam

:lol:

p.s.

Ja po trzecim kapciu jechałbym do domu po puszkę z przyczepką ...

I jeszcze jedno:

Jak przedstawisz opis w izbie rzemieślniczej - tytuł mistrza oponiarstwa masz bez egzaminu!
_________________
Nie uważam za drania
kogoś, kto jest innego zdania!
 
 
 
Dominik


Motocykl: Iż-49
Posty: 230
Skąd: Zębice
Wysłany: Czw 28 Paź, 2010   

Jestem pod wielkim wrażeniem. Udowadniacie takimi wyprawami, że stare motocykle też potrafią, nie muszą tylko stać i wyglądać. Świetna relacja i stalowe nerwy przy łataniu. Gratuluję i podziwiam.
_________________
Iż 49, Junak przejściówka i M10 w częściach, Italjet Dragster, Honda Rebel (kradziona żonie)
 
 
 
BartekG


Motocykl: Iż-49
Posty: 756
Skąd: Gdańsk
Wysłany: Pią 29 Paź, 2010   

Stare motór moga i będą mogły.
Tu raczej chodzi o kierowcę - żeby kierowca chciał. Tu jest pies pogrzebany......
_________________
Iż49
 
 
agrupa


Motocykl: Iż-49
Posty: 1114
Skąd: Warszawa/Ząbki
Wysłany: Pią 29 Paź, 2010   

I mógł :) ...
_________________
Pozdr, Marcin
IŻ 49 1955r, IMZ M-72M 1956r, WSK 125 gil 1980r
 
 
 
BartekG


Motocykl: Iż-49
Posty: 756
Skąd: Gdańsk
Wysłany: Pią 29 Paź, 2010   

Jako, ze dla chcącego nic trudnego, wystarczy chcieć. Jak komuś się nie chce, to zawsze se znajdzie powód, żeby nie móc :)
_________________
Iż49
 
 
agrupa


Motocykl: Iż-49
Posty: 1114
Skąd: Warszawa/Ząbki
Wysłany: Pią 29 Paź, 2010   

taaa, kawaler? bezdzietny? urlop ma?
_________________
Pozdr, Marcin
IŻ 49 1955r, IMZ M-72M 1956r, WSK 125 gil 1980r
 
 
 
BartekG


Motocykl: Iż-49
Posty: 756
Skąd: Gdańsk
Wysłany: Pią 29 Paź, 2010   

Heheheheh :)
Uderz w stół, nożyce się odezwą :)
Kawaler, bezdzietny, ale juz niedługo :)
Natomiast powiem tak:
Z moich "towarzyszy w złomie" - ci którzy jeżdzili za młodu, jeżdżą nadal, miemo tego, że większość ma dzieci, żony, pracę, firmy , budowy itd na głowie.
Natomiast ci, którzy zawsze mieli problemy typu brak czasu, klasówka, brak kasy, deszcz itp nadal nie jeżdzą.
Oczywiście nie jest to norma, ale ogólna tendencja.
Na kilkadziesiąt iży na forum jeździ kilka. Wiadomo, że wycieczek tygodniowych po Polsca nie mozna oczekiwać od ludzi obarczonych "pamiątkami ślubnymi", głupim szefem itd.
Ale nie przekona mnie nikt, że nie da się wygospodorować popołudnia na trasę krajoznawczą :)
_________________
Iż49
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Podobne Tematy
Temat Autor Forum Odpowiedzi Ostatni post
Brak nowych postów W Bieszczady
Magiczna podróż Iżusiem
sztyga20 W trasie 9 Sro 04 Wrz, 2013
Ozzy
Brak nowych postów Na WSK 125 w Bieszczady
Sprawdzian cierpliwości
motolis W trasie 14 Wto 17 Mar, 2015
jacumba


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Theme xandblue created by spleen modified v0.2 by warna